Wrzasq.pl

I po co Ci te studia

Saturday, 13 November 2010, 11:37

Rzuciłem studia

Na taki, a nie inny przebieg zdarzeń miało wpływ wiele składowych, przez które również i na moją stronę czasu nie miałem zbyt dużo, ale nie o nich chcę się rozpisywać (chyba, że przyokazyjnie). O napisaniu tego typu tekstu myślałem już wcześniej, ale nie miałem czasu, a zresztą pisanie jaką to studia są bezsensowną stratą czasu samemu będąc studentem byłoby hipokryzją. Teraz jednak mogę się wypowiedzieć bez skrępowania. Zdaję sobie sprawę, że informatyka, którą ja studiowałem jest w tej kwestii dość skrajnym przypadkiem, ale myślę, że w tekście przedstawię argumenty uniwersalne.

Po co się studiuje

Na początku trzeba sobie przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie po co się w ogóle chce pchać na studia. Oczywiście jeśli z czystej pasji, po to, żeby potem kontynuować karierę naukową, to ten tekst takich przypadków kompletnie nie dotyczy, ale przeważająca większość osób idzie na studia, aby mieć potem lepszą pracę, łatwiejszy start, czy inne gratisy od życia.

Jasne, że nie wszędzie można się obejść bez studiów - nie wyobrażam sobie na przykład lekarzy bez studiów medycznych ("Pan się nie martwi, ostatnio już za drugim razem rozpoznałem wątrobę") i zresztą to pewnie dlatego medycyna i pokrewne kierunki są zarezerwowane dla ludzi, którzy naprawdę chcą się uczyć. Jest też wiele zawodów, w których papier faktycznie jest po prostu potrzebny - chociażby wszelkie zawody inżynieryjne (budownictwo, inżynierowie wysokich napięć, architekci - tam bez uprawnień po prostu nie masz prawa nawet wziąć ołówka do ręki), albo prawnicze. Ale znakomita większość pozostałych dziedzin to tylko fabryka betonu - jak można na przykład studiować marketing?! Już sam fakt, że musisz iść się tego uczyć świadczy dobitnie o tym, że się kompletnie nie nadajesz na marketingowca.

Studia nic nie znaczą

Przykro mi, ale jeśli nie należysz do którejś z dwóch pierwszych grup, to swój dyplom będziesz mógł raczej powiesić w toalecie, aby się łatwiej wypróżnić, niż w pokoju nad biurkiem, bo szkoda się wystawiać na kpinę przed gośćmi. Nie licząc tych szczególnych przypadków dyplom uczelni znaczy już prawie tyle co nic i będzie znaczył jeszcze mniej - o tym jest przekonanych nawet, o ironio, wielu aktualnych studentów. Ktoś może powiedzieć, że "papierek zawsze może się przydać" - jasne, osoba z dyplomem będzie warta więcej niż ta sama osoba bez dyplomu. Pytanie tylko czy naprawdę go potrzebuje i czy czas (a i jeszcze nerwy) poświęcony na jego zdobycie są dla niej tego warte.

Sami sobie winni

Problem tylko w tym, że studenci nie rozumieją tego, że sami do tego doprowadzają. Studiowałem trzy lata (z przerwami) i po prostu trudno nie wysunąć pewnych wniosków. Większość ludzi marudzi coś o słabym poziomie kształcenia, że na tych studiach to niczego praktycznego nie uczą, bla bla bla… Po części prawda, ale to nie wina uczelni. Jestem pewien, że prowadzący zajęcia nudzą się nieraz tak samo jak studenci, a chętnie zajęli by się czymś ciekawszym. Ale nie mogą - bo przecież oni muszą uczyć studentów. Studentów, którzy dziś już nie są elitą jak dawniej. Studia przestały być jakąś nobilitacją, stopniem edukacji zarezerwowanym dla ludzi uzdolnionych i mogących sprostać intelektualnym wyzwaniom. Teraz na studia idzie się niemalże automatycznie. To takie drugie liceum.

Oczywistym jest, że ludzi mądrzejszych jest (niestety) mniej, niż ludzi głupszych. Według danych znalezionych w internecie w 1990 studiowało 13% naszego społeczeństwa. W 2008 ten odsetek wynosił już 48%! To prawie połowa! Oznacza to, że uczelnie chcąc-niechcąc muszę się do tego dostosować. 13% ludzi mądrych na pewno ogarnie program przygotowany dla szerszego grona, ale w drugą stronę to już nie zadziała. A przecież uczelnie kogoś kształcić muszą, tutaj po prostu zaczyna działać wolny rynek. Program przygotowany dla praktycznie połowy społeczeństwa (bo myślę, że ten trend utrzyma się dla następnych pokoleń) nie ma szans zawierać jakiejś tajemnej wiedzy, nie oszukujmy się, niemożliwe jest wykształcenie połowy narodu na specjalistów! Sami pomyślcie, skoro połowa nas studiuje, to od kogo ten świstek z uczelni będzie was odróżniał? Wystarczy spojrzeć jak dziś wygląda kształcenie na większości kierunków - albo zezwolenie na ściąganie, ale te same testy co roku przekazywane z forum na forum, albo wpis "na pandę", a wszystko dlatego, że i tak to w większości bezwartościowe parafki.

Studia zaczynają być po prostu kolejnym etapem edukacji. Każdy po liceum idzie na studia - bo w sumie po co innego iść do liceum. To już same poprzednie etapy edukacji powodują taką patologię. Nikt mi nie wmówi, że polska szkoła dobrze kształci. Wszystko co mi się przydaje w życiu nauczyłem się sam, albo na jakichkolwiek pozaszkolnych kursach, zajęciach itp., ewentualnie na kilku lekcjach fizyki i matematyki. Po co osobom w klasach o profilu informatycznym znać rozkład wydobycia rudy żelaza w 1994 r. na świecie? Albo działanie podziału mitotycznego? Albo przebieg rekonkwisty w Europie zachodniej? Tak samo po co uczniom klasy biologicznej trygonometria, po co uczniom klasy prawniczej zasady termodynamiki? Tak naprawdę żadne "profile" klas w liceum nic nie znaczą - tam każda klasa jest "ogólnokształcąca", a jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego.

Nie trzeba być wybitnym

Nie chodzi o to, że trzeba być specjalnie uzdolnionym - tacy ludzie sami są zapraszani na studia, nieraz po sam odbiór dyplomu. Chodzi o to, że jeśli jest się zwyczajnie zdolnym, to jest się w stanie opanować większość programu studiów na własną rękę, bo na studiach program ten musi być wpojony połowie szarej masy, która nie ma nawet podstawowej wiedzy. Większość osób nawet po liceum nie wie za bardzo co chce w życiu robić. Ludzie, to jest już w wieku 18 lat! Jesteście pełnoletni, powinniście być samodzielni, a wy nawet nie wiecie co będziecie w życiu robić! Kompletnie tego nie rozumiem, nie każdy musi programować od 12 roku życia, ale jak można w wieku 18 lat nie wiedzieć co się chce w życiu robić? Krew mnie zalewała jak poszedłem na studia, a tam przyszli informatycy nie wiedzieli nawet co to jest kompilator. Nie wspominając już o tym, jak studenci politechniki mogą nie znać zasad dynamiki Newtowna - o takich kompromitacjach nie będę się nawet rozwodził. Czy naprawdę myślicie, że studia was wszystkiego nauczą i nic nie musicie sami robić? Jeśli tak, to zmarnowaliście 18 lat swojego życia, a za chwilę zmarnujecie jeszcze kilka. Nigdy nie dogonicie osób, które przez te kilka chociaż lat na własną rękę opanowały wiedzę, która zazwyczaj w dużej mierze pokrywa program studiów, które dopiero przed wami.

Studiowanie jest trendi

W wielu przypadkach to życiowe niezdecydowanie owocuje chorym studiowaniem dla samego studiowania. Bo przecież na jakieś studia pójść trzeba. Na studiowanie jest po prostu moda. Studia to nie jest kształcenie się, tylko same imprezy (nie żebym miał coś przeciwko, ale szczerze mówiąc to jakoś lepiej się nawet bawiłem na imprezach w czasach liceum, niż studiów - sam szpan "jestem studentem" i zero beztroski i zabawy, tylko napinanie się, bo przecież bycie studentem to już powód do dumy - ciekawe, czy bycie bezrobotnym też ich tak zachwyci), chociaż co ciekawe, przecież studenci są biedni (pokażcie mi takiego). Jasne, że takie życie jest fajne, ale po co wam do tego te studia?

Chyba studenci sami tego nie wiedzą. Jak to, jakieś zajęcia? I to jeszcze może trzeba się czegoś uczyć? Prowadzący, którzy czegokolwiek wymagają to dziś wróg publiczny numer jeden. Jak oni śmią - przecież to studenci. Jak słyszę narzekanie większości studentów (a mam w domu dwie studentki i jeszcze im moja matka-absolwent wtóruje wspominając dawne czasy), to za każdym razem się zastanawiam dlaczego studia dzienne są bezpłatne. Kiedy tylko wrócą do domu z uczelni (jedna w tygodniu, druga w weekendy, więc ani dnia przerwy nie mam) to biadolą, jakie te studia straszne, czego im tam każą się uczyć… I jeszcze nie wytłumaczą dobrze. Prowadzący wpisuje na krzywy ryj tróję? Ok. Prowadzący daje pytania przed egzaminem? Ok. Prowadzący ma jeden test co roku? Ok. Prowadzący pyta? No bez jaj, studentów?!

Samodoskonalenie

Szkoła wyższa to nie liceum, czy podstawówka. Tutaj jesteście z własnej zachcianki. Nie realizujecie już żadnego obowiązku szkolnego, nikt wam nie każe studiować - jeśli kiedykolwiek w życiu słyszeliście formułkę "uczysz się nie dla ocen/rodziców, tylko dla siebie" to studia są po raz pierwszy prawdziwym tego przykładem. Tutaj nikt was nie będzie za rączkę prowadził, to wam ma zależeć. Szlag mnie trafia, kiedy studenci narzekają, że czegoś tam wykładowca nie wytłumaczył. Oh, jak to mamy się sami dowiedzieć - przecież to on ma nam wytłumaczyć! W pracy nikt nie będzie czekał dwóch tygodni, aż opanujecie wiedzę potrzebną do wykonania zadania na 15 minut! Studenci to powinna być najbardziej kreatywna grupa ludzi, to powinny być osoby, które mają pasję, są żądne wiedzy w danej dziedzinie i chcą zgłębiać jej tajniki coraz bardziej. A tymczasem to zwykła szara masa. To student powinien zaginać pytaniami prowadzących, a nie na odwrót.

Dziś studia mają sens jedynie dla ludzi przeciętnych, dla których papierek może faktycznie być niezbędny aby mieć równe szanse z pozostałą szarą masą na rynku pracy, oraz dla ludzi, którzy konsekwencje swojej nieudolności chcą odwlec o jakieś 4-5 lat nie rozumiejąc, że w rzeczywistości marnotrawią czas i pieniądze. Ludziom zdolnym uczelnie przeważnie nie mają nic do zaoferowania, a wręcz blokują rozwój takich osób. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy studenci to niewartościowe stworzenia - w końcu nikt nie zabroni zdolnym ludziom studiować. Jedak myślę, że przeważająca (zatrważająca?) większość łapie się w ramy tego wpisu.

Tags: , ,