Wrzasq.pl

Luźne i długie notatki o załatwianiu pożyczek i/lub kredytów hipitecznych

Tuesday, 31 July 2012, 11:22

Tym razem nie będzie technicznie. Nie będzie w sumie w ogóle zawodowo. Po prostu nie mogę sobie odpuścić spisania tych przygód. Tak się stało, że przez ostatnie pół roku miałem całe mnóstwo zawirowań związanych z nieruchomościami, kredytami, a najczęściej jednym i drugim na raz. Nie chodzi mi broń boże o jakieś wylewanie gorzkich żali - jak się chce coś w życiu mieć, to nieraz trzeba pozasuwać. Ale niektóre aspekty, z którymi musiałem się stykać są tak absurdalne, że nawet jeśli to nie dotrze do kogokolwiek, kto w którejkolwiek instytucji mógłby cokolwiek zmienić, to może chociaż ktoś się w niemocy uśmiechnie, albo odetchnie z ulgą, jakie to ma jednak lekkie życie. Zetknąłem się z różnymi instytucjami - od banków, przez doradców i pośredników kredytowych, po urzędy samorządów lokalnych, do tego PKP i kilka innych instytucji. Smutne jest jedynie to, że na co dzień mam styczność z tego typu absurdami na każdym kroku (jak zapewne większość z Was) w większości instytucji i po prostu tym razem natężenie absurdów przerosło poziom, który można by określić mianem barejowskiego.

Wstęp - jak to się zaczęło

Jakiś czas temu (już niemal półtora roku będzie) moja nieformalna rodzina się powiększyła. Mieszkamy w mieszkaniu moich rodziców (ale bez nich, oni dla odmiany mieszkają w moim, w Świnoujściu) - w niskim bloku; na piątym, ostatnim piętrze; 5 pokoi; ponad 100m²; w samym centrum Szczecina, ale na cichej ulicy; generalnie wszędzie blisko - cud, miód i orzeszki. No ale z dzieckiem 5 piętro to niestety już nie jest luksus, a udręka (no tak, nie napisałem, że nie ma windy ;)), poza tym moi rodzice chcą sobie kupić coś w Świnoujściu, więc to mieszkanie jest na sprzedaż (chętnych zapraszam do kontaktu - 605 071 040), więc zaczęliśmy planować nowe lokum. Mam ten luksus, że mam dość dobrze płatną pracę i (oczywiście w kredycie) mogę sobie pozwolić na takie plany (choć bez szaleństw). Niestety opcja "Rodzina na swoim" była poza zasięgiem, bo jak już wspominałem posiadam nieruchomość. I tak to się wszystko zaczęło.

Prolog - kupno działki

Na początku planowaliśmy wybudować sobie domek. Nie żadna tam willa, taki zwykły jednorodzinny domek, co wychodzi nieraz porównywalnie z kupnem mieszkania w dobrej lokalizacji w znośnym standardzie. Do tego potrzebna jest wpierw działka. Traf chciał, że akurat znalazła się idealna okazja - działka jeszcze nie odrolniona (V klasa nieużytków, więc bez opłat i bez potrzeby odralniania przez ministerstwo), ale w strefie przeznaczonej pod budownictwo jednorodzinne (nawet część sąsiedztwa pobudowana), wszystkie media, świetna lokalizacja… paradoksalnie jedynym minusem była niska cena. Cena była tak niska, że nie kwalifikowała się na kredyt hipoteczny w wielu bankach. Żeby nie kombinować skorzystaliśmy z opcji pomocy rodziny i zebrała się odpowiednia suma, którą miałem oddać już po kupnie działki, jak będzie już czas, żeby polatać z formalnościami i załatwić pożyczkę pod działkę. I to był początek istnego rozpiździaju biurokratycznego.

Rozdział I - pożyczka hipoteczna pod działkę

Działkę już miałem, ale trzeba było oddać rodzinie pożyczone pieniądze. Więc najkorzystniej było po prostu wziąć pożyczkę pod tę działkę. Postanowiłem skorzystać z usług pośrednika - nie mając wcześniej styczności z tego typu firmami postanowiłem wybrać tę, która na rynku wydawała się najsilniejsza, a więc padło na OpenFinance. Działka jak już wspominałem była dość tania, ale uważałem, że realna wartość była wyższa - w pierwsze rozmowie doradca zapewnił mnie, że nie ma problemu, banki same wyceniają nieruchomość. Dostałem listę dokumentów do zebrania i zapewnienie, że jak je skompletuję, to tydzień i wszystko załatwione.

I zanim powiem jakie jaja potem sobie ze mnie robiło OpenFinance, to od razu zaznaczę, że prowadzę działalność gospodarczą. To chyba najbardziej niefortunny przypadek przy staraniu się o kredyt/pożyczkę. W społeczeństwie wśród czarnej masy istnieje przeświadczenie, że przedsiębiorcy to cwaniacy i złodzieje; państwo też życia nie ułatwia i przedsiębiorcy mają chyba najgorsze warunki do egzystencji w tym kraju; ale żeby instytucje finansowe też rzucały same kłody pod nogi? No ale nic, na szczęście ile się tylko da prowadzę elektronicznie (bankowość, księgowość, sprawozdawczość do US i ZUS), a OpenFinance wyszło na przeciw i jak najbardziej można było wszystko wydrukować u nich zamiast latać z segregatorami. Zresztą tak przy okazji, to z papierkami ze wspomnianych dwóch urzędów w tej całej mojej "przygodzie" było najmniej problemów - wystarczyło wysłać wypełniony formularz ze strony i czekać, aż przyjdzie w wyznaczonym terminie odpowiedź.

No i dobra - wszystkie papierki skompletowane, kolejne spotkanie i… jak to, co Pan za kwotę ma w akcie wpisaną? Hmm, no może coś się da zrobić, ale to tylko niektóre banki dadzą wyższą kwotę. Trudno, myślę sobie, ważne, żeby chociaż jeden dał, może ja coś źle zrozumiałem. Więc zostawiam wszystkie papierki i czekam tydzień. Jeden. Potem drugi. Coś tu nie gra, na dodatek telefon milczy, gdy próbuję się dodzwonić. Trzeciego tygodnia idę do oddziału, bo straciłem cierpliwość. Tam Pani zdziwiona, jak to to ja nic nie wiem? Ten doradca, z którym ja cokolwiek załatwiałem, to już nie pracuje, jego klientów przejęli inni, a mnie najprawdopodobniej sam kierownik oddziału. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, dlaczego nie zadzwonił mi o tym powiedzieć, ale potem miałem to zrozumieć aż dobitnie.

Otóż kierownik wcale nie kwapił się do dzwonienia w żadnej sytuacji. Po każdym spotkaniu mijał tydzień bez kontaktu, po którym to ja dzwoniłem do niego i pytałem się o stan sprawy. Wtedy on mówił, że na przykład brakuje jakiegoś papierka - sam z niczym nie dzwonił. Z tygodnia zrobiły się nagle dwa miesiące. W między czasie musiałem dostarczyć wypis i wyrys ze studium kierunków i uwarunkowań zagospodarowania przestrzennego (a taka sobie mądra nazwa) z gminy, bo bank sobie zażyczył. No to dostarczyłem. I co? Mapka za słabej jakości, muszę dostarczyć zaświadczenie odnośnie konkretnie mojej działki jakie jest jej przeznaczenie. Ale uprzedzono mnie w OpenFinance, że taki papierek to ciężko dostać, ich klienci to musieli osobiście do Pani Wójt jeździć i to nie raz. Okazało się, że ciężko, ale nie ze względu na jakieś niestandardowe procedury - na stronie Urzędu Gminy był gotowy wzorek, wystarczyło wysłać pocztą. Problem leżał gdzie indziej. Otóż w całym urzędzie jest tylko jedna pani, która wydaje te zaświadczenia i los chciał, że akurat poszła na urlop, zaświadczenie dostanę, jak ona wróci z urlopu. Na szczęście mój "opiekun" z OpenFinance mnie nie niepokoił, więc mogłem kolejny tydzień czekać na ten papierek. W końcu dostałem, i po trzech miesiącach zaniosłem do "doradcy" (z braku lepszego niewulgarnego słowa pozostanę przy tej nomenklaturze).

Ciekawi jesteście co się działo dalej z moim wnioskiem złożonym przez OpenFinance? Ja też. To był mój ostatni kontakt z "doradcą", po kolejnym tygodniu bez kontaktu znowu postanowiłem sam zadzwonić, ale już tym razem nawet nie odbierał telefonu, a potem nie oddzwaniał. Żenada, kompromitacja, skandal i kilka brzydkich słów - to wszystko co mogę powiedzieć o mojej styczności z OpenFinance. I co ważne tak się składa, że nie tylko z jedną osobą przyszło mi tam się kontaktować. Jak potem się dowiedziałem z luźnych rozmów z kilkoma osobami nie tylko ja miałem takie problemy. Szczerze mówiąc to zastanawiałem się nad podjęciem jakichś kroków, nie wiem, napisania do centrali, cokolwiek - ale po co? Ja mam ważniejsze sprawy, czekała mnie jeszcze długa batalia z wieloma instytucjami, a oni tylko sami sobie szkodzą.

Rozdział II - pożyczka hipoteczna pod mieszkanie

Po trzech miesiącach czekania stało się dla mnie jasne, że OpenFinance ordynarnie mnie olało i nie ma co czekać na telefon (swoją drogą - mija właśnie szósty miesiąc i nawet nie dostałem żadnego maila, nikt nie dzwonił). Jak pisałem na wstępie mam mieszkanie w Świnoujściu, więc skoro z działką jest tyle problemów, to postanowiłem wziąć pożyczkę pod to mieszkanie. Wcześniej nie było to możliwe, gdyż mieszkanie miało w księdze wieczystej wieczystą służebność dla babci, która niestety wyjechała do Niemiec i do Polski witała dwa razy w roku, ale jak się okazało szybciej się doczekałem przyjazdu babci, niż kontaktu z OpenFinance. Poszliśmy z babcią do notariusza i już mogłem się starać o pożyczkę z czystą księgą wieczystą.

No to pora pójść do pośrednika, żeby sobie załatwić pożyczkę. Oczywiście nie do OpenFinance - tym razem jakoś tak padło na Expandera. Na wstępie standardowa obietnica załatwienia w tydzień (puściłem mimo uszu, nawet nie robiłem sobie nadziei) i wykaz dokumentów. Ponownie nie ma problemu z drukowaniem wszystkiego na miejscu, więc szybko poszło. I nagle pojawił się problem. Co ciekawe, OpenFinance też na pewno się musiało z tym zetknąć. Otóż pod koniec poprzedniego roku miałem wypadek samochodowy. To, że ja ucierpiałem to akurat drobiazg, starty łokieć. Gorzej, że w wypadku straciłem sporo warty sprzęt. Odbiło się to negatywnie w remanencie, bo wyrobiło jakieś 24 tys. PLN straty w ostatnim miesiącu roku i na koniec okazało się, że zarabiam średnio niecałe 1600 PLN miesięcznie.

Po raz kolejny okazało się, że prowadzenie działalności to najgorszy scenariusz przy staraniu się o kredyt - nawet pracujący na umowę zlecenie mają łatwiej. To nic, że z miesiąca na miesiąc w KPiR mam dwukrotność średniej krajowej - według ING (bo na nich padł wybór) zadłużyłem się w grudniu na ponad 20 tys. PLN. Rozumiem, że banki lubią zimno kalkulować i dla nich cyfry to cyfry, ale chyba są tam też ludzie, którzy powinni się znać na analizie księgowości kredytobiorców i rozpoznać, że to żadne ogromne koszty, a jedynie strata środków trwałych - nie wydałem nagle ogromnych pieniędzy, tylko straciłem sprzęt, na który już wcześniej wydałem pieniądze. Co ciekawe widoczna duża strata nie przeszkodziła bankowi zapytać się o powód dynamicznego wzrostu przychodów. Na szczęście w przeciwieństwie do OpenFinance, w Expanderze doradca stanął na wysokości zadania - podobierał odpowiednie warianty wniosków, aby dało radę to wszystko obejść, podpiął kilka wyjaśnień i powiedział, aby być dobrej myśli.

Faktycznie, przeszło. Pozostała tylko wycena mieszkania. Bank znalazł rzeczoznawcę w Świnoujściu i zlecił wycenę, a ten umówił się z rodzicami na wizytę. Ale się nie zjawił i przełożył wizytę. I tak jeszcze raz. Potem drugi. I tak z dnia na dzień minął cały tydzień. Poszedłem do Expandera dowiedzieć się czy mogą jakoś wpłynąć na bank, a tam doradca zdziwiony, bo bank twierdzi, że rzeczoznawca nie może skontaktować się z moimi rodzicami! To z kim oni codziennie rozmawiali?! Doradca się nieco wkurzył, w końcu to i jego prowizja się odwlekała i jakimś ciekawym sposobem następnego dnia była wycena. Co nie zmienia faktu, że ING tak po prostu sobie to olało. No bo: albo nie interesowało ich co tam z wyceną; albo rzeczoznawca im naściemniał, że nie ma kontaktu z rodzicami, a nikt nawet nic nie zrobił, aby się mnie zapytać co się dzieje.

Efekt po czterech miesiącach był taki, że miałem w domu tonę makulatury i nic więcej. Oczywiście uzyskanie lwiej części z tej makulatury na dodatek mnie trochę kosztowało (taki wypis i wyrys z gminy to 90 PLN przykładowo). Ale w końcu coś się miało zmienić. Wybór Expandera okazał się trafiony i doradca doprowadził sprawę do końca. ING przysłało pozytywną decyzję. Wystarczyło się umówić z nimi i ruszyć po kolei obydwa wnioski. Obydwa? Tak, bo ING sobie wymyśliło, że przy takiej kwocie jaką wnioskowałem rozbije mi mój wniosek o pożyczkę na dwa osobne. Mało mnie to na początku obchodziło, bo co mi za różnica - niech będą i trzy, myślałem. A bym się ugryzł w język! Co się stało przez to, że były dwa wnioski, a nie jeden?

To chyba najbardziej absurdalna sytuacja w całym moim zamieszaniu z kredytami. Bank wiedział, o obydwu wnioskach, ale aby cokolwiek ruszyć z drugim, musiałem zakończyć pierwszy. Czyli kolejna strata czasu. Ale nie tylko czasu! Każdy wniosek to osobna umowa kredytowa (czyli po prostu dwa kredyty, nie jeden) - a każdy kredyt to wpis do hipoteki. To nic, że bank wiedział, że są dwa wnioski - nie mogłem im od razu wpisać docelowej wartości do hipoteki w jednej i tej samej księdze wieczystej, bo - uwaga - kwota by się nie zgadzała z pierwszą umową. A taki wpis to 200 PLN za każdym razem. A na dodatek mieszkanie jest w Świnoujściu, więc trzeba cały dzień urlopu sobie wziąć i rano tam jechać. Do i ze Świnoujścia zazwyczaj podróżuję busami, bo szybciej, wygodniej i taniej, niż pociągiem (gorąco polecam). Niestety nie wiedziałem ile czasu mi zajmie załatwianie sprawy w sądzie, więc nie rezerwowałem sobie kursu powrotnego (konkretnie nie wiedziałem, że to trwa dwie minuty łącznie z drukowaniem potwierdzenia, czyli po prostu błyskawicznie). Gdy wszystko załatwiłem to okazało się, że nie ma miejsc powrotnych aż do wieczora, więc pomyślałem (była godzina 10), że wrócę pociągiem.

Czy wiecie, że ze Świnoujścia między 7, a 13 nie odjeżdża żaden pociąg?! Nie, że nie ma do Szczecina - żaden, nawet z przesiadkami! A wyobrażacie sobie, ile ludzi się przez te kilka godzin zbiera, żeby pojechać o 13? Mniej więcej tyle, ile w Indiach, tylko tutaj pociąg był krótszy. Oczywiście mógłbym to załatwić korespondencyjnie, no ale mi zależało na czasie, chciałem to w jeden dzień machnąć. Wróciłem do Szczecina o 17, jeszcze miła pani z banku na mnie poczekała, żeby odebrać papiery i zrobić co trzeba. Ja uradowany, że mogę startować z następną częścią kredytu, gdy zostałem uświadomiony - to nic, że dokonałem wszystkich formalności, bank potwierdził mi przyjęcie wszystkiego co się da i potwierdził uruchomienie kredytu - żeby ruszyć z drugim wnioskiem musiałem poczekać, aż pieniądze znajdą się na moim koncie (w ich własnym banku)! Czyli, że co - gdzieś w kabelkach od internetów miały ugrząźć?! Tak po prostu dwa kolejne dni czekania w plecy.

Naprawdę ING, czy wy to robicie na złość klientom? Nawet w urzędach wykazują się większą elastycznością! Rozumiem, że chodziło o pieniądze, ale wy już mnie sprawdziliście! Przyznaliście mi te wszystkie pieniądze! Ba, ja Wam nawet chciałem dać zabezpieczenie pełnej kwoty już od razu, ale nie - bo skoro biorę od was taką kupę kasy, to mog�� wydać kolejne kilkaset złotych na wnioski, przesyłki, przejazdy… jeszcze trochę, a bym na minus z tym kredytem wyszedł.

Nie wspomnę już o tym, że żeby sprawdzić stan konta, czy już kredyt został przelany musiałem korzystać ze świetnego interfejsu webowego ING Banku, który działa tak wolno, że przeglądarka nie wierzy, że serwer żyje i przerywa połączenie (to nie był jakiś słaby dzień serwisu internetowego, mam tak cały czas, aż do teraz, co najmniej jakby serwery trzymali u kogoś w garażu i łączyli się neostradą).

Ale to jeszcze nie koniec zabawy z ING. Biorąc kredyt/pożyczkę pod mieszkanie trzeba je ubezpieczyć. Ponieważ ja w mieszkaniu nie mieszkam, to moi rodzice je ubezpieczają. Niestety na siebie, a kredyt jest na mnie, więc trzeba drugą polisę wykupić. Żeby nie latać nigdzie, nie szukać jakichś super ofert (szczególnie, że i tak rodzice mają swoją polisę), mi wystarczyła najtańsza i najszybsza opcja ubezpieczenia przez bank. Ubezpieczenie takie zawarłem już przy pierwszym wniosku. Co się okazało, do drugiego wniosku trzeba podwyższyć kwotę ubezpieczenia, bo poprzednio obejmowała tylko pierwszą część. No ok, nawet jestem do tego momentu wszystko w stanie zrozumieć, ale wtedy wydarza się coś niepokojącego - obsługujący mnie pracownik banku dziwi się, że ja już mam tą polisę. Dzwoni gdzieś szybko i słyszę tylko jak rzuca do słuchawki rozbrajający mnie tekst: "ale w naszym frontendzie nie ma opcji aneksu". Jak mi potem wytłumaczono - nie było by problemu, gdybym miał polisę z zewnątrz: pokazałbym aneks i po sprawie; ale u nich takich rzeczy nikt nie przewidział. To po kiego wacka żeście to mi rozbijali?! Wersja beta?! Na szczęście wystarczyło trochę poczekać, aby sztab kryzysowy (zapewne nie mniejszy niż przy ratowaniu Apollo 13) wymyślił karkołomne wyjście z sytuacji i wszystko udało się jeszcze tego dnia załatwić.

Tylko dlaczego tak? Dlaczego nie można tego zrobić prosto? Tak ot, żeby załatwić sprawę. Żebym ja miał kredyt, a wy swoje odsetki jak najszybciej. To nie jest żadne bezpieczeństwo, to wasze własne pokrętne procedury to opóźniają. Sami sobie stwarzacie problemy i masę dodatkowej pracy! Ja straciłem trochę czasu, nie przeczę (a cenię sobie swój czas), ale na mnie jednego zazwyczaj musiało tracić czas kilkoro pracowników ING.

Rozdział III - kupno mieszkania

Z "tydzień i gotowe" zrobiło się pięć miesięcy. Przez ten czas trochę się pozmieniało w naszych rodzinnych planach i zaczęło się śpieszyć z przeprowadzką. Oczywiście działka była goła, a budowa domu, to nie tworzenie świata - 7 dni nie wystarczy. Więc trzeba się rozejrzeć za mieszkaniem. Znaleźliśmy takie w dobrej cenie, jeszcze trochę zbiliśmy i już chciałem iść do Expandera na kolejne spotkanie, gdy z biurze nieruchomości zaproponowali skorzystanie z ich zaprzyjaźnionego doradcy kredytowego - ProVoto. Na początku byłem septycznie nastawiony, bo nigdy o nich nie słyszałem, ale padł argument nie do przebicia: dla klientów ProVoto biuro nieruchomości obniża prowizję o 1 punkt procentowy (nie o 1% - o jeden punkty procentowy)!

Moja sytuacja jest na tyle dobra, że przynajmniej do pewnej kwoty mogłem sobie pozwolić na kupno mieszkania, bez rezygnacji z działki. To dawało dodatkowy plus, bo działka mogła posłużyć jako zabezpieczenie kredytu (dzięki temu, że OpenFinance nie doprowadziło sprawy do końca - o ile gdziekolwiek doprowadziło). A przynajmniej wydawało mi się, że jest na tyle dobra - od wypadku minęło praktycznie pół roku, ale ponieważ to był ubiegł rok, to zdążył nabruździć w całym PITcie i pozamiatane.

Rozwiązanie było jedno - wziąć kredyt z rodzicami, aby wykorzystać ich zdolność kredytową. Na szczęście przeszło i najlepszą ofertę przedstawił MultiBank (jako klienta mBanku nawet mnie to ucieszyło). Papierki od rodziców przeszły gładko - w końcu są pracownikami. To tylko ja jestem odmieńcem i prowadzę działalność. No ale ja mam wszystko już od miesięcy gotowe, tylko co najwyżej nowy miesiąc księgowości dochodzi, więc z moimi osobistymi papierkami wszystko poszło szybko (jak zwykle wystarczyło do ProVoto przesłać maila, albo u nich na miejscu wydrukować). Problemy zaczęły się robić z nieruchomościami.

Na początek z moim dodatkowym zabezpieczeniem, czyli z moją nieszczęsną działką. Już na etapie składania wniosku okazało się, że ja już o jakiś kredyt się staram na tą działkę. Olśnienie - to OpenFinance! No ale krótkie oświadczenie i po sprawie. Dużo dłużej zajęło dokumentowanie wartości działki. Miałem to nieszczęsne zaświadczenie z gminy, które załatwiałem dla OpenFinance. Było już nieważne, no ale samo pismo było. Jednak pani z MultiBanku powiedziała, że oni tego nie potrzebują, chcą tylko wypisu i wyrysu. Cóż, nie ma problemu. Wypis i wyrys dotarł, na co bank odparł, że… mapka jest niewyraźna i potrzebują zaświadczenie o konkretnie mojej działce.

No to ja piszę do gminy cały wesoły, bo wiem, że to żaden problem - pani mi odeśle już za kilka dni upragnione zaświadczenie. Owszem, o ile mając drugi raz, po pół roku, taką samą sprawę nie trafi się na drugi urlop jedynej pani w gminie, która takie zaświadczenia wydaje! Mało tego, trafiłem na jakiegoś combosa - jedna pani na urlopie, druga na szkoleniu, trzecia na zwolnieniu. Problem w tym, że mi powoli się czas kończył, bo zbliżał się termin wyznaczony w umowie przedwstępnej.

I tutaj stało się coś niestandardowego bym powiedział. Wręcz zdumiewającego. Pani z MultiBanku, jako że mieszkała nieopodal, wsiadła w samochód, pojechała do Urzędu Gminy i wymogła (o sposób wolałem nie pytać ;)) to zaświadczenie. Generalnie abstrahując od perypetii z formalnościami, to duet ProVoto-MultiBank muszę bardzo pochwalić. Przy całym tym zamieszaniu, naprawdę sporo panie pomagały.

Ale z drugą nieruchomością - czyli docelowym mieszkaniem też pojawił się problem. Ogólnie mieszkanie wymaga remontu i ja o środki na taki remont wnioskowałem. Niestety z powodu tych moich nieszczęsnych księgowych wartości bank nie podzielił mojego optymizmu co do zdolności kredytowej i obciął część kosztów remontu. Zostawił jednak (dość niewielką) sumę. Za to obarczył mnie kosztami okołokredytowymi (prowizja, ubezpieczenie itp.), a co ciekawe wyszło praktycznie dokładnie tyle, ile miałem dostać na remont. No to pomyślałem, że zrezygnuję chwilowo z remontu - po co mam płacić prowizję od wyższego kredytu, skoro dostanę tyle samo pieniędzy: to wolę nie płacić i mieć niższy kredyt. Bank jednak odmówił, bo stwierdził, że bez tego drobnego remontu (kwota na remont ostatecznie wyniosła niecałe 5% wartości mieszkania) wartość nieruchomości nie starczy na zabezpieczenie. Zabezpieczenie czego? Kredytu na nią samą?! I to wszystko w sytuacji, gdy twierdzą, że moja zdolność jest za niska.

Na koniec jeszcze jedna ciekawa sprawa z MultiBankiem. Otóż kredyty są tam zazwyczaj (jak w moim przypadku) załatwiane przez centrum kredytowe Aspiro. Tam też podpisywałem wszelkie umowy. Co się jednak okazuje, ponieważ Aspiro to nie MultiBank, nie mogą mi dać danych do konta i po swój pakiet aktywacyjny musiałem zasuwać do innego punktu (pewnie mogłem też zamówić kurierem, ale już i tak latałem z papierkami, a blisko było). Tylko dlaczego, skoro to wszystko jest BRE Bank S.A.?

Podsumowanie

O pracy urzędów nie specjalnie chce mi się pisać - panie (a czasem panowie) z okienek, czy po drugiej stronie słuchawki nie wymyślają głupiej papierkologii, na dodatek musząc na co dzień pracować z takimi bzdurami nie zdziwiłbym się jakiejś frustracji, a i tak zazwyczaj jako pierwsza linia styczności z petentami są komunikatywne i uczynne - można wiele w dzisiejszych czasach załatwić przez telefon, kiedy tylko się da coś zrobić, starają się wyjść na przeciw i pomóc. Problem pojawia się, gdy papierkologia jest nie do przeskoczenia.

O dziwo najgorsze katusze cierpiałem, gdy przyszło mi współpracować z instytucjami prywatnymi (i tak jest nie tylko przy okazji załatwiania kredytów). Mam czasem wrażenie, że tego typu instytucje przyzwyczajają się do polskich realiów. Nie chodzi o bezduszne korporacyjne podejście - to po prostu zwykła bezmyślna polska bylejakość. Idiotyczne, bezrefleksyjne i nieelastyczne podejście do swojej własnej pozycji na rynku. Rozumiem, że banki się sparzyły i to najbardziej właśnie na produktach hipotecznych i absolutnie nie chodzi mi o łatwiejszy dostęp do nich - nawet cieszę się, że banki zaczęły podchodzić ostrożniej do tego tematu, w końcu to w tych bankach trzymam swoje pieniądze i nie chcę, aby robiły za instytucje charytatywne. Ale chyba w banku powinni umieć liczyć pieniądze. Czy granie w papierkowego ping-ponga i opóźnianie kredytu to korzyść? Drukowanie, przesyłanie, nie wspominając już o odwlekaniu zysku z prowizji i odsetek. Oczywiście, jak wszędzie, na froncie są mili i uczynni pracownicy, którzy starają się na wszelkie sposoby pomóc klientowi, ale za nimi tkwi twardy beton bezmyślnych procedur.

Osobnym tematem są pośrednicy i doradcy kredytowi. Jeśli nie chcemy się bawić w papierki na poziomie ekstremalnym, nie mamy doświadczenia, albo chociaż wiedzy na temat produktów kredytowych, ani nie potrafimy sami powalczyć o dobre warunki, to skorzystanie z takiego pośrednika jest dobrym pomysłem. Niestety rzeczywistość nie jest taka, jak by się mogło po niektórych reklamach wydawać - oni tylko obracają papierkami, ale zazwyczaj ilości formalności dla nas nie zmniejszają. Jednak to zawsze jakieś udogodnienie. Tylko trzeba dobrze wybrać, do kogo się udać - a z mojego doświadczenia wniosek jest prosty: byle nie OpenFinance! Expander i ProVoto wywiązywały się natomiast ze swojej roli należycie, więc te dwie firmy mogę z czystym sumieniem polecić.

Kilka porad

  • Nie korzystajcie z usług OpenFinance.
  • Nie wierzcie w "decyzję w tydzień" - tyle zajmie Was samo zbieranie papierków i to tych, o których wie się na początku - czyli jakiejś połowy.
  • Jeżeli prowadzicie działalność gospodarczą to pomnóżcie sobie ilość papierków i czasu na nie potrzebnego przez dwa.
  • Załatwiając jakieś rzeczy zdalnie dzwońcie codziennie, jak w "Chłopaki nie płaczą", męczcie, proście, ściemniajcie, że to dla umierającej babci - jak nie wy, to dziesięć innych osób tak zrobi i będziecie czekać miesiąc.
  • Jeśli wasza działka leży w gminie bez planu zagospodarowania przestrzennego - oprócz wypisy i wyrysu ze studium od razu bierzcie też zaświadczenie.
  • Generalnie, jeśli możecie jakiś papierek załatwić, to to zróbcie - wszystko się Wam może przydać.
  • Jadąc do Świnoujścia co najmniej dzień wcześniej rezerwujcie miejsca w busie w obydwie strony.
  • Nie korzystajcie z usług OpenFinance.

Tags: , , ,